Wreszcie legalnie można było wjechać na swoje pole ze swoim azotem. Niech żyje wolność!

Były lata, jak na przykład w roku ubiegłym, że zakaz stosowania azotów do końca lutego nie wadziłby nikomu, bowiem srogi mróz mieliśmy jeszcze na początku marca i tak naprawdę nie było do końca jasne czy rzepaki w ogóle przezimowały i czy jest w ogóle sens sypać nawóz (10 marca 2018 roku opublikowaliśmy w tym dziale artykuł pt.: "Wyniki testu na przezimowanie rzepaku odmian: Rohan i Atora z pól w województwie lubuskim").

Większość rolników wyjechała wtedy w pola z rozsiewaczami 5-10 marca i był to termin dla większości powierzchni kraju powiedzmy że optymalny.

 

W bieżącym sezonie wegetacyjnym najlepszy czas na podanie azotu mieliśmy minimum tydzień, jeśli nie dwa tygodnie temu. Rzepak i zboża w reakcji na wysokie temperatury wybudziły się już dawno ze snu i zamiast ciągnąć azot, mogły się zaciągnąć co najwyżej ustawą azotanową (niestety efektów haju nie widać, co dziwne bo autorzy tej ustawy wyraźnie musieli być pod jego wpływem).

Jeśli zapowiadane przez synoptyków opady deszczu nadejdą w ciągu najbliższych dni, to nawóz w miarę szybko znajdzie się w strefie korzeniowej i rośliny zaczną odrabiać straty. Gorzej, jeśli wody nie będzie.

 

W piątek oraz w sobotę, kto był żyw i miał ozimy na polu to latał z azotem jak szalony (i słusznie). Byli też tacy, którzy wysiali saletrę i inne azotowe pod koniec lutego, nie bacząc na zakazy, ale korzystając z osłony nocy badź mgły w ciągu dnia. Byli też i tacy, którzy wyraźnie pie*rzyli ustawodawcę i robili swoje w pełnym słońcu przy głównych arteriach komunikacyjnych kraju.

Rozumiemy i szanujemy wszystkie 3 grupy...